Byłam zaskoczona tym, jak mała i spokojna jest dziś miejscowość, w której się znalazłam. To Ossolin – wieś w gminie Klimontów, licząca obecnie zaledwie stu pięćdziesięciu mieszkańców. Trudno uwierzyć, że ten cichy zakątek otoczony polami był niegdyś gniazdem rodowym jednej z najpotężniejszych i najbardziej wpływowych familii w dziejach Rzeczypospolitej.
Od rycerskiej warowni do sarmackiego przepychu
Początki obronnej siedziby w tym miejscu sięgają późnego średniowiecza. Jan Długosz w swojej księdze uposażeń „Liber Beneficiorum” wspomina o istniejącym tu gotyckim zamku, określając go jako „praedium militare”. Budowla ta powstała w drugiej połowie XIV lub w XV wieku z inicjatywy rycerskiego rodu Toporczyków, którzy z czasem przyjęli nazwisko Ossolińskich. Historyczne źródła wskazują na różnych potencjalnych fundatorów tej pierwszej, skromnej warowni – mógł to być kasztelan wiślicki Jan Topór zwany Owcą, Jaśko z Balic lub jego syn, kasztelan radomski Jan z Ossolina.
Prawdziwy przełom nastąpił jednak w 1621 roku, kiedy to majątek objął Jerzy Ossoliński, późniejszy kanclerz wielki koronny i jeden z najbliższych współpracowników króla Władysława IV Wazy. To on podjął decyzję o wzniesieniu w miejscu dawnego, skromnego dworu wspaniałej rezydencji, która miała odpowiadać jego nowej, wysokiej pozycji społecznej oraz tytułom księcia papieskiego i księcia Rzeszy Niemieckiej. Budowę nowego zamku zrealizowano w latach 1633–1640. Niektóre starsze opracowania podają rok 1636 jako datę ukończenia prac. Architektem budowli był prawdopodobnie Wawrzyniec Senes, ten sam, który zaprojektował monumentalny zamek Krzyżtopór w pobliskim Ujeździe.
Nowy zamek, wzniesiony na planie czworoboku z łamanego kamienia i cegły, składał się z czterech trzykondygnacyjnych skrzydeł mieszkalnych, które otaczały mały dziedziniec. W południowym narożniku wznosiła się cylindryczna wieża, prawdopodobnie będąca pozostałością po wcześniejszej, średniowiecznej warowni, w której urządzono zamkową kaplicę. Całość wieńczyła ozdobna renesansowa attyka. Do zamku wjeżdżało się przez most przerzucony nad głębokim wąwozem oraz przez wspomnianą bramę wjazdową o formie łuku triumfalnego.
Wnętrza rezydencji olśniewały bogactwem, o czym świadczą zachowane spisy inwentarzowe. Sale reprezentacyjne na wyższych kondygnacjach posiadały marmurowe posadzki, bogato złocone gzymsy, kryształowe okna oprawiane w ołów oraz sufity malowane na płótnie. W jednej z komnat ściany ozdobiono malowidłami przedstawiającymi miasta europejskie, a ściany innych sal dekorowano obrazami przedstawiającymi uroczysty, niezwykle wystawny wjazd poselski Jerzego Ossolińskiego do Rzymu w 1633 roku.
Ruiny zamku w Ossolinie na zdjęciach
Wojenne burze i szaleństwo dziedzica
Po śmierci kanclerza w 1650 roku posiadłość zaczęła przechodzić z rąk do rąk, co zapoczątkowało jej powolny upadek. Wokół losów zamku w czasie potopu szwedzkiego narosły pewne rozbieżności historyczne. Część źródeł podaje, że zamek został wówczas zajęty i dotkliwie złupiony przez Szwedów oraz wojska siedmiogrodzkie Jerzego Rakoczego. Z kolei inne opracowania sugerują, że budowla prawdopodobnie uniknęła splądrowania w tamtym okresie. Choć potomek Jerzego Ossolińskiego, Franciszek Denhoff, podjął się odbudowy rezydencji ze zniszczeń wojennych, zamek nigdy nie odzyskał już swojej dawnej świetności.
W XVIII wieku, z powodu częstych zmian właścicieli, którzy rzadko tu bywali, stan techniczny budowli drastycznie się pogorszył. Spis inwentarza z 1732 roku przedstawia przygnębiający obraz zamku pozbawionego dachu, okien i drzwi. Józef Kanty Ossoliński próbował ratować popękane mury, zabezpieczając je potężnymi przyporami sięgającymi drugiego piętra, jednak wysiłki te na niewiele się zdały.
Najbardziej dramatyczny i niezrozumiały moment w historii zamku nastąpił w 1816 roku. Ówczesny właściciel majątku, Antoni Bartłomiej Ledóchowski, podjął decyzję o wysadzeniu rezydencji w powietrze. Do dziś historycy i badacze nie są zgodni co do motywów tego czynu. Jedna z wersji mówi, że Ledóchowski kierował się chęcią odnalezienia legendarnych skarbów rzekomo ukrytych w grubych murach zamkowych. Druga, bardziej osobliwa hipoteza sugeruje, że zrobił to w trosce o moralność swoich synów – chciał zapobiec zaciąganiu przez nich długów pod zastaw tak wspaniałej i kosztownej w utrzymaniu rodowej siedziby.
Po potężnej eksplozji z zamku ocalała jedynie samotna, cylindryczna wieża, most oraz brama. Dalszego dzieła zniszczenia dokonali nowi właściciele i lokalna ludność, traktując ruinę jako darmowe źródło materiału budowlanego. W latach 20. XX wieku w sąsiedztwie ocalałej baszty uruchomiono gorzelnię. Ostateczny kres pozostałościom zamku przyniósł rok 1944. Wycofujące się wojska niemieckie wysadziły w powietrze wieżę oraz budynek gorzelni, traktując je jako potencjalny punkt obserwacyjny dla nadciągającej Armii Czerwonej. Gruz z tych budowli został następnie wykorzystany przez Rosjan do utwardzenia przeprawy czołgowej.
Tajemnica Betlejki i spór o datowanie
W drodze do pobliskiego lasu widziałam rozległe, pofalowane pola, które kryją kolejny intrygujący zabytek – Kaplicę Betlejemską, potocznie nazywaną przez lokalnych mieszkańców „Betlejką”. To unikalna budowla sakralna o formie ziemnego kopca, nad którym wznosi się kamienna wieżyczka. Otacza ją niski mur, a w sąsiedztwie mieści się rodowy cmentarz. Z miejscem tym wiąże się popularne podanie, jakoby ziemia pokrywająca kopiec została sprowadzona bezpośrednio z Betlejem, z miejsca narodzin Chrystusa, na polecenie samego kanclerza Jerzego Ossolińskiego.
Co ciekawe, historia tej kaplicy stanowi przedmiot poważnego sporu naukowego. Na marmurowej tablicy inskrypcyjnej, umieszczonej nad wejściem podczas osiemnastowiecznej renowacji, widnieje informacja, że kaplicę ufundował około 1640 roku Jerzy Ossoliński. Jednak współcześni badacze, w tym historyk sztuki Zbigniew Bania, podważają tę wersję. Sugerują oni, że tablica zawiera błędne dane, które przez lata były bezkrytycznie powielane w literaturze. Według ich ustaleń „Betlejka” powstała w rzeczywistości około 1690 roku z fundacji Franciszka Teodora Denhoffa, co oznacza, że jest o pół wieku młodsza, niż powszechnie sądzono.
Podziemne korytarze i duchy przeszłości
Jak każde miejsce o tak bogatej historii, również to wzgórze obrosło wieloma legendami, które przez pokolenia opowiadali sobie okoliczni mieszkańcy. Najbardziej znanym podaniem jest opowieść o podziemnym tunelu, który miał łączyć zamek w Ossolinie z oddalonym o kilkanaście kilometrów zamkiem Krzyżtopór. Według opowieści, piwnice tego korytarza były wysypane cukrem, po którym bracia Ossolińscy jeździli saniami, odwiedzając się wzajemnie.
Lokalny folklor wspomina również o duchu zamku – Czerwonym Panku. W przeciwieństwie do tradycyjnych zjaw, ten ubrany w czerwony surdut i czapkę duch ma nocami opuszczać zamkowe lochy na czerwonym koniu i udawać się w kierunku dawnej gorzelni. Dawne opowieści ostrzegają przed próbami podejrzenia jego nocnych wędrówek. Inna, pogodniejsza legenda opowiada o pastuszkach pasących bydło na zamkowym wzgórzu, z których jeden odzyskał utraconą czapkę napełnioną złotem, podczas gdy jego zawistny kolega, licząc na podobny uśmiech losu, otrzymał swoją z powrotem napełnioną jedynie odchodami.
Gdy wracałam do samochodu, raz jeszcze zatrzymałam się przy reliktach dawnej bramy wjazdowej. To właśnie ona, stojąca samotnie pośród zieleni i wiejskiego spokoju, najbardziej zapadła mi w pamięć podczas tej wizyty. Stałam tam w ciszy, patrząc na pozostałości portalu, i pomyślałam, jak niewiele zostaje z dawnej chwały, magnackiej dumy i sarmackiego przepychu. Bramy, które niegdyś witały najpotężniejszych ludzi w kraju, dziś prowadzą jedynie do świata ludzkich wspomnień i historycznych zagadek.
źródła: Zamki polskie, Miasto Klimontów wita, Wikipedia.
