Kiedy zostawiłam samochód w pobliżu skrzyżowania z drogą wojewódzką nr 758 i ruszyłam w stronę centrum, miałam wrażenie, że przede mną znajduje się coś zupełnie innego niż zwykły kościółek małego miasteczka. „To miasteczko już z daleka urzekło mnie spokojną, senną atmosferą, a pierwsze moje skojarzenie… jestem w Rzymie. Przepiękny, monumentalny kościół mnie zachwycił.” Tego dnia w Klimontowie odbywały się dożynki, dlatego miasteczko odwiedzało sporo turystów. Rynek i okoliczne ulice były przystrojone kwiatami, a spokojna na co dzień miejscowość nabrała zupełnie innego charakteru.
Z Rzymu na sandomierską ziemię
Żeby zrozumieć, skąd w Klimontowie wzięła się tak niezwykła budowla, trzeba cofnąć się do XVII wieku. Jej fundatorem był Jerzy Ossoliński, kanclerz wielki koronny i jeden z najważniejszych polityków epoki Władysława IV.
W 1633 roku Ossoliński udał się do Rzymu z poselstwem do papieża Urbana VIII. Jego wjazd do Wiecznego Miasta przeszedł do historii jako pokaz niezwykłego przepychu. Opowiadano między innymi o złotych podkowach gubionych przez konie oraz perłach rzucanych w tłum. Niezależnie od tego, ile prawdy kryje się w tych opowieściach, wiadomo, że podróż do Italii zrobiła na Ossolińskim ogromne wrażenie.
Po powrocie postanowił przenieść część rzymskiego splendoru na swoje ziemie. Klimontów miał stać się miejscem, które będzie świadczyć o potędze rodu Ossolińskich.
Czasami można spotkać informację, że kolegiata św. Józefa była wzorowana bezpośrednio na bazylice św. Piotra w Rzymie. Jest to jednak zbyt duże uproszczenie. Bardziej trafne jest mówienie o inspiracji rzymską architekturą sakralną i doświadczeniami, które Ossoliński zdobył podczas swoich podróży.
Kościół, który nie lubi prostych kątów
Największe zaskoczenie przychodzi jednak wtedy, gdy zaczynamy przyglądać się samej bryle świątyni. Kolegiata została wzniesiona na planie elipsy wpisanej w wielobok. Do eliptycznej nawy dołączono krótkie, prosto zamknięte prezbiterium.
Za projekt odpowiadał Wawrzyniec Senes – architekt znany również z pracy przy zamku Krzyżtopór w Ujeździe, budowanym dla Krzysztofa Ossolińskiego, brata Jerzego. Obaj Ossolińscy mieli ambicję tworzenia budowli niezwykłych, a Senes potrafił przekładać ich śmiałe pomysły na rzeczywiste konstrukcje.
Kolegiatę wznoszono w latach 1643–1650. Jak na XVII wiek zastosowano tu rozwiązanie bardzo odważne. Centralna przestrzeń kościoła ma kształt elipsy, a nad nią wznosi się kopuła. Zamiast tradycyjnego układu, który znamy z wielu polskich świątyń, otrzymujemy wnętrze skupione wokół centralnej przestrzeni.
Po wejściu do środka wzrok niemal automatycznie kieruje się ku górze. Dwie kondygnacje galerii otaczają eliptyczną nawę, a światło wpadające do wnętrza tworzy zmieniającą się grę cieni i refleksów. Późniejszy wystrój rokokowy, z dominującą bielą i złotem, nadaje świątyni zupełnie inny charakter niż sugerowałaby jej masywna bryła zewnętrzna.
To właśnie ten kontrast robi największe wrażenie. Z zewnątrz kościół wydaje się ciężki i monumentalny. W środku jest znacznie lżejszy, bardziej dekoracyjny i niemal teatralny.
Fundator, który nie zobaczył ukończonego dzieła
Jerzy Ossoliński nie doczekał końca prac przy swojej fundacji. Zmarł w Warszawie w 1650 roku, mając 55 lat. Zgodnie ze swoją wolą został pochowany w podziemiach kolegiaty.
Świątynia przetrwała burzliwe wydarzenia kolejnych dziesięcioleci. Klimontów mocno ucierpiał podczas potopu szwedzkiego. Miasto było dwukrotnie rabowane, a skala zniszczeń była ogromna. Według przekazów po wojennych wydarzeniach przy życiu pozostało zaledwie 33 mieszkańców.
Mimo tego kolegiata przetrwała. Dziś jest jednym z najważniejszych świadectw ambicji rodu Ossolińskich i przypomina o czasach, kiedy niewielki Klimontów miał aspiracje znacznie większe, niż mogłoby się wydawać.
Nie bez powodu pojawia się określenie „Świętokrzyski Rzym”. W XVII wieku Klimontów rozwijał się dzięki przywilejom królewskim i działalności miejscowych właścicieli. Powstawały tu kolejne budowle, które miały podkreślać znaczenie miasta. Jedną z nich był także zespół klasztorny dominikanów z kościołem św. Jacka, ufundowany wcześniej przez Zbigniewa Ossolińskiego.
Klimontów pełen legend
Z miejscem związanym z tak potężnym rodem musiały oczywiście pojawić się legendy. Jedna z najbardziej znanych opowiada o podziemnym tunelu, który miał łączyć Ossolin, Klimontów i Ujazd.
Według legendy przejście było tak szerokie, że można było nim przejechać konno. Pojawia się nawet opowieść, że Ossoliński kazał wysypać drogę cukrem, żeby przypominała śnieg. Tunelu do dziś jednak nie odnaleziono.
Takie historie są częścią lokalnego kolorytu i sprawiają, że zwiedzanie okolicy staje się czymś więcej niż oglądaniem kolejnych zabytków.
Klimontów ma zresztą znacznie więcej do zaoferowania. Okoliczny krajobraz tworzą lessowe wąwozy i dolina Koprzywianki. To również miejsce związane z Brunonem Jasieńskim, właściwie Wiktorem Zysmanem, który urodził się tutaj jako syn lekarza Jakuba Zysmana.
Historia miejscowości przeplata się więc z historią architektury, literatury i lokalnych opowieści.
Dlaczego właśnie elipsa?
Kiedy po zwiedzeniu kościoła jeszcze raz spojrzymy na jego bryłę, łatwiej zrozumieć, dlaczego kolegiata tak bardzo wyróżnia się na tle innych świątyń regionu.
Eliptyczny plan pozwolił stworzyć wnętrze skupione wokół centralnej przestrzeni. Nie ma tu wyraźnego poczucia tradycyjnego podziału na długą nawę i boczne nawy. Przestrzeń wydaje się płynna, a wierni znajdują się bliżej jej centrum.
Być może właśnie dlatego pierwsze skojarzenie z Rzymem przychodzi tak łatwo. Nie chodzi przecież wyłącznie o wielkość budowli czy kopułę. Chodzi o poczucie, że w małym świętokrzyskim miasteczku znalazło się miejsce na architekturę, która wyraźnie wykracza poza lokalne schematy.
„Jestem w Rzymie” – pomyślałam, patrząc na kolegiatę po raz pierwszy. I choć po chwili wiadomo już, że to Klimontów, pierwsze wrażenie pozostaje.
Tego dnia dodatkowo podkreślały je dożynki. Kwiaty, mieszkańcy i przyjezdni turyści sprawili, że miasteczko było pełne życia. A nad wszystkim górowała charakterystyczna kopuła kolegiaty św. Józefa.
Klimontów nie udaje Rzymu. Ma własną historię, własny rytm i własne legendy. Ale wystarczy spojrzeć na tę niezwykłą świątynię, by zrozumieć, skąd wzięła się idea „Świętokrzyskiego Rzymu”.
I chyba właśnie to jest w Klimontowie najbardziej fascynujące – świadomość, że w niewielkim miasteczku można odnaleźć architektoniczny rozmach, który jeszcze po tylu stuleciach potrafi naprawdę zachwycić.
Zobacz Klimontów na zdjęciach
Co warto zobaczyć w samym Klimontowie?
- Kościół i dawny klasztor dominikanów pw. św. Jacka
To moim zdaniem obowiązkowy drugi punkt po kolegiacie. Zespół powstał na początku XVII wieku z fundacji Zbigniewa Ossolińskiego. Kościół wznoszono w latach 1617–1620, a klasztor w latach 1620–1623.
- Rynek w Klimontowie
Rynek ma XVIII-wieczny rodowód, otaczają go historyczne kamienice, a pod częścią zabudowy zachowały się lessowe piwnice kupieckie.
- Synagoga i ślady żydowskiego Klimontowa
- Stary cmentarz parafialny
Jeśli będziecie w Klimontowie, warto zostać tu trochę dłużej i nie ograniczać wizyty tylko do kolegiaty św. Józefa. Sama miałam okazję zobaczyć kilka miejsc i uważam, że naprawdę warto je odwiedzić.
Po spacerze po klimontowskim rynku zajrzałam również do kościoła św. Jacka i dawnego zespołu klasztornego dominikanów. To miejsce ma zupełnie inny charakter niż monumentalna kolegiata, ale również jest ważną częścią historii Klimontowa i rodu Ossolińskich.
Warto też wybrać się do Ossolina, gdzie zachowały się pozostałości dawnej rezydencji Ossolińskich oraz charakterystyczna arkada będąca pozostałością po zamku. W pobliżu znajduje się również kaplica Betlejemska. To właśnie tutaj szczególnie mocno można poczuć atmosferę dawnych opowieści o potędze i ambicjach rodu Ossolińskich.
O tym opowiem Wam w kolejnym artykule już niebawem.
