Wigilijna noc, grudzień 1976 roku. Zbrodnia w Zrębinie wstrząsnęła nie tylko mieszkańcami regionu, ale całą Polską. Jej okoliczności, narastający przez lata konflikt i późniejsze śledztwo na trwałe zapisały się w historii tej części województwa świętokrzyskiego. Do sprawy wracaliśmy także na antenie Radia ESKA. Jej historią zajął się ponadto dziennikarz Bartosz Wojsa w podcaście „Pokój Zbrodni”, w którym szczegółowo przybliżył przebieg wydarzeń i ich tło. My postanowiliśmy sprawdzić, co po niemal pół wieku zostało z tej historii w pamięci mieszkańców Połańca i Zrębina. Jak tragedia wpłynęła na rodziny ofiar, jak opowiadano o niej kolejnym pokoleniom i dlaczego dla części osób wciąż jest tematem, do którego trudno wracać?
Zbrodnia w Zrębinie. Co wydarzyło się w Wigilię 1976 roku?
W nocy z 24 na 25 grudnia 1976 roku w Zrębinie zamordowano trzy osoby: 18-letnią Krystynę Łukaszek, jej 25-letniego męża Stanisława oraz 12-letniego brata kobiety, Mieczysława Kalitę. Krystyna była w piątym miesiącu ciąży. Do tragedii doszło po pasterce, gdy ofiary wracały z Połańca w stronę domu. Zbrodnia miała być finałem konfliktu, który narastał przez lata. Nie chodziło o jedną sprzeczkę czy pojedyncze zdarzenie, lecz o wieloletnie napięcia, wzajemne urazy i wrogość. Sprawa odbiła się szerokim echem w całym kraju, a jej wyjaśnianie i proces stały się jednym z najgłośniejszych rozdziałów kryminalnej historii regionu.
Pełny przebieg wydarzeń, tło konfliktu i szczegóły śledztwa przedstawia Bartosz Wojsa w podcaście „Pokój Zbrodni”. My przyglądamy się temu, co stało się później – jak zbrodnia połaniecka wpłynęła na ludzi, którzy żyli w jej cieniu.
Krystyna miała 18 lat. „Przyjaźniłyśmy się”
Za nazwiskami ofiar kryją się ludzie, którzy mieli swoje plany, przyjaźnie i marzenia. Jedna z osób z rodziny zamordowanych pamięta Krystynę nie tylko z opowieści o tragedii. Znała ją osobiście. Spotykały się, pracowały razem w polu, rozmawiały o codziennych sprawach.
Pewnego dnia Krystyna miała powiedzieć jej, że wychodzi za mąż.
– Ja się roześmiałam. Mówię: ty wiesz, oszalałaś? Przecież ty chodzisz do technikum – wspomina rozmówczyni.
Dziś to wspomnienie nabiera szczególnego znaczenia. Krystyna miała zaledwie 18 lat. Była młodą dziewczyną, która dopiero zaczynała dorosłe życie. Rozmówczyni wraca do niej z dużym wzruszeniem i mówi, że gdyby nie tragedia, ich znajomość mogłaby przerodzić się w wieloletnią przyjaźń.
Dlaczego wywołano ich z kościoła? Rodzina wciąż ma pytania
Jednym z wątków, który do dziś budzi wątpliwości bliskich, są okoliczności wyprowadzenia Krystyny i jej rodziny z kościoła podczas pasterki.
Według przekazywanej wersji mieli usłyszeć, że w domu ojciec Krystyny wszczął awanturę. Rodzinę zastanawia jednak, dlaczego mieliby uwierzyć w taką informację, skoro – według jej wiedzy – ojca nie było wtedy w domu.
– Jeszcze niedawno żeśmy się zastanawiali, jak to się stało. Niby on wszczął awanturę, jak jego w domu nie było – mówi rozmówczyni.
To pytanie pozostaje ważnym elementem rodzinnych wspomnień. Bliscy próbują zrozumieć, dlaczego właśnie taki pretekst miał skłonić ofiary do opuszczenia kościoła. Nie chodzi jedynie o odtworzenie przebiegu tamtej nocy, ale również o zrozumienie, jak doszło do sytuacji, która zakończyła się tragedią.
„Wujku, nie zabijaj!”. Przejmująca opowieść o ostatnich chwilach Krystyny
Rozmówczyni pamięta również historię, którą usłyszała jeszcze w czasach szkolnych. Jeden z mężczyzn mieszkających w okolicy, jak miała się dowiedzieć, słyszał krzyk Krystyny.
– Mówił, że słyszał, jak krzyczała Krystyna: „Wujku, nie zabijaj!” – wspomina.
To relacja zasłyszana, przekazywana przez kolejną osobę, a nie bezpośrednie świadectwo rozmówczyni. Nie można więc traktować jej jako potwierdzonego zapisu ostatnich chwil kobiety. Jest jednak częścią opowieści, które przez lata krążyły w lokalnej pamięci.
Konflikt w Zrębinie miał wcześniejszą historię
W rodzinnych wspomnieniach zbrodnia z 1976 roku nie jest początkiem wszystkich napięć. Rozmówcy przywołują historie, które miały rozgrywać się na długo przed tragiczną Wigilią.
Jedna z nich dotyczy Jana Sojdy, który – według rodzinnej relacji – w wieku 17 lat miał zgwałcić kobietę. W sprawę miał zaangażować się dziadek zamordowanych, Jan Rój, związany z ORMO. Miał pomóc w ukaraniu młodego Sojdy. Sam Rój również budził na wsi respekt, a mieszkańcy mieli się go obawiać.
W kolejnych opowieściach pojawia się tragiczny wątek dotyczący jego rodziny. Syn Jana Roja został zastrzelony na podwórku należącym do Sojdy. Nie wiadomo jednak, jakie były dokładne okoliczności tego zdarzenia ani czy miejsce, w którym do niego doszło, miało związek z jego przyczyną.
Wątpliwości budzą również relacje Jana Roja z mężem jego córki. Te rodzinne przekazy pokazują, że lokalne napięcia mogły mieć znacznie wcześniejszą historię. Nie wszystkie przywoływane okoliczności znajdują jednak potwierdzenie w dostępnych materiałach, dlatego należy traktować je jako wspomnienia i opowieści rozmówców, a nie ustalony przebieg wydarzeń.
„To trauma do końca życia”. Święta już nigdy nie były takie same
Tragedia nie skończyła się dla bliskich ofiar wraz z pogrzebami i procesem. Jej konsekwencje wracały szczególnie w okresie Bożego Narodzenia.
– To trauma do końca życia. Przychodzi Boże Narodzenie i to wraca – mówi rozmówczyni.
Wspomina, że w jej rodzinie święta po 1976 roku już nigdy nie były takie same.
– To nie były święta, później też tak samo. Z każdym rokiem było to samo. To wraca, to jak bumerang, tego się nie da oddzielić. To po prostu weszło w człowieka i nie wyjdzie.
Te słowa pokazują, jak głęboko zbrodnia w Zrębinie wpłynęła na życie rodzin ofiar. Dla bliskich nie była jedynie wydarzeniem z przeszłości. Wracała każdego roku, wraz z datą, która dla większości kojarzy się z rodzinnym ciepłem, a dla nich stała się przypomnieniem o stracie.
Chciała wiedzieć, kto zamordował jej dzieci
Rozmówczyni pamięta również panią Kalitę, matkę zamordowanych. Jak opowiada, mimo choroby kobieta nie przestawała szukać odpowiedzi na pytanie, co stało się z jej dziećmi i kto za to odpowiadał.
– Chciała dojść prawdy, co się stało z jej dziećmi – mówi.
Zdzisława Kalita przyjmowała odwiedzających, rozmawiała z nimi i opowiadała o tragedii. Nie była osobą, która za wszelką cenę unikała tego tematu. Bliscy starali się ją wspierać, a rodzinne kontakty dawały jej możliwość powracania do wspomnień.
Rozmówczyni podkreśla, że mimo choroby pani Kalita nie rezygnowała z poszukiwania odpowiedzi.
– To chyba ta adrenalina, to wszystko spowodowało, że ona, owszem, była chora, ale trwała i dotrwała, i doszła do tego, kto zamordował jej dzieci.
Dla rodziny ważne jest również to, jak zbrodnię przedstawiano w kolejnych książkach i publikacjach. Rozmówczyni krytycznie ocenia część wcześniejszych opracowań. Jej zdaniem nie wszystkie rodzinne wspomnienia i perspektywy zostały w nich uwzględnione. Bliscy chcą, by ich głos również był słyszany.
„To był temat tabu”. O zbrodni nie opowiadało się wprost
Nie wszyscy mieszkańcy Połańca poznali historię zbrodni w Zrębinie od razu. Jedna z rozmówczyń usłyszała o niej dopiero w szkole średniej. Wtedy uczniowie obejrzeli po kryjomu stary film na kasecie VHS. W domu również nie było łatwo o rozmowę.
– To był temat tabu, tego się nie opowiadało – wspomina inna osoba związana z rodzinami ofiar.
Wiedza o tragedii często przechodziła z pokolenia na pokolenie, ale nie zawsze wprost.
Krzyk matki, który zapamiętano na lata
Szczególnie mocno w pamięci jednej z rodzin zapisała się reakcja matki zamordowanych. Jej rozpacz słyszeli mieszkańcy Połańca już następnego dnia po tragedii.
– Mama wspominała, jak dzień po tej tragedii słyszała matkę zamordowanych, która bardzo, bardzo głośno rozpaczała na rynku w Połańcu. Mówi, że do dzisiaj to pamięta – opowiada rozmówczyni.
To wspomnienie pokazuje, że dramat z Zrębina nie był dla mieszkańców odległą historią. Jego skutki było słychać i widać w codziennym życiu, a obraz rozpaczy matki pozostał w pamięci na długie lata.
Zrębin po zbrodni. Piętno, które dotykało kolejnych pokoleń
W relacjach rozmówców powraca jeszcze jeden wątek: ocenianie ludzi przez pryzmat miejsca, z którego pochodzą. Jedna z kobiet wspomina, że zdarzało się, iż pytano ją, czy jest „z tych ofiar”, czy „z tej strony, co pomordowali”.
– Ty jesteś stamtąd. No to co, że jestem? Ja tam żyję. To mam stamtąd wyjechać? – tak, według rozmówczyni, odpowiadał jej brat.
Inna osoba uważa, że tabu i trauma nadal są obecne w lokalnej pamięci:
– Ta zmowa i to tabu, i ta trauma pokoleniowa dalej tam siedzi – ocenia.
To osobista perspektywa rozmówców. Odpowiedzialność za zbrodnię konkretnych osób nie może być jednak przenoszona na całą miejscowość ani kolejne pokolenia.
Świadkowie, podpisy i zmowa milczenia. Co naprawdę wydarzyło się podczas śledztwa?
W opowieściach dotyczących zbrodni połanieckiej powraca również wątek świadków i okoliczności składania zeznań. W relacjach, do których dotarliśmy, pojawiają się wątpliwości, czy wszyscy ludzie wskazywani jako świadkowie rzeczywiście widzieli to, co wydarzyło się tamtej nocy.
Jedna z osób przekazujących rodzinne wspomnienia twierdzi, że niektórzy świadkowie wcale nie byli świadkami zdarzenia. W innej relacji pojawia się jeszcze poważniejszy zarzut dotyczący podpisywania oświadczeń. Według tej wersji osoby, które podpisały dokument potwierdzający, że widziały zdarzenie, miały uniknąć więzienia, natomiast te, które odmawiały podpisu, miały być zatrzymywane.
Dlaczego po niemal 50 latach wciąż trudno o tym mówić?
Powody milczenia są różne. Dla jednych to bolesne wspomnienia, dla innych zmęczenie kolejnymi publikacjami i dyskusjami. Jedna z rozmówczyń zwraca uwagę, że część osób może po prostu nie chcieć ponownie przeżywać cierpienia.
– Chyba jedni po prostu boją się, żeby nie wrócił ten ból – mówi.
W zebranych relacjach pojawiają się także zarzuty dotyczące sposobu prowadzenia śledztwa i przedstawiania sprawy w dawnych mediach. Niektórzy rozmówcy mówią o poczuciu niesprawiedliwości i podważają rzetelność dawnych relacji. Są to poważne twierdzenia, które wymagają potwierdzenia w dokumentach i niezależnych źródłach.
Pokazują jednak, że nieufność wobec kolejnych prób opowiadania o zbrodni może mieć swoje źródła także w doświadczeniach przekazywanych w rodzinach.
Zbrodnia połaniecka wraca na ekrany. HBO opowie historię z Zrębina
Po niemal 50 latach od tragedii o zbrodni połanieckiej znów będzie głośno. 13 listopada na platformie HBO Max zadebiutuje serial „Wśród nocnej ciszy” w reżyserii Jana Holoubka. To jedna z głośniejszych polskich produkcji tej jesieni, inspirowana prawdziwymi wydarzeniami i oparta na reportażu Wiesława Łuki „Nie oświadczam się”.
Sześcioodcinkowa produkcja przeniesie widzów do grudnia 1976 roku i opowie o śmierci trójki młodych ludzi wracających z pasterki, śledztwie oraz próbach dotarcia do prawdy. W obsadzie znaleźli się między innymi Łukasz Simlat, Jędrzej Hycnar, Magdalena Biegańska, Tomasz Schuchardt i Adam Woronowicz.
Dla części osób związanych z Połańcem i Zrębinem powrót tej historii na ekrany budzi jednak obawy. Nie wszyscy cieszą się, że po latach znów będzie o niej głośno. Pojawia się pytanie, czy twórcy pokażą tragedię z należytą odpowiedzialnością, czy też niektóre jej wątki zostaną uproszczone.
W rodzinach związanych z ofiarami nie ma jednego stanowiska. Jedni chcą, by pamięć o zamordowanych przetrwała. Inni woleliby, żeby kolejne filmy i publikacje nie wracały do bolesnych wydarzeń.
Po niemal pół wieku zbrodnia połaniecka nadal budzi emocje. Jest Krystyna, która miała swoje plany, jej bliscy, dla których każde Boże Narodzenie przypominało o tragedii, i mieszkańcy, którzy przez lata uczyli się żyć z jej konsekwencjami. Serial HBO może sprawić, że tę historię pozna kolejne pokolenie. Pytanie tylko, jak ją zapamięta – i czy poza ekranową opowieścią usłyszy również głosy tych, dla których Zrębin nigdy nie był tylko miejscem jednej zbrodni.